Prawo do prywatności, dobra osobiste, tajemnice i prawo

Czytając ustawę o ochronie danych osobowych, dyrektywę europejską  i konwencję nr 108 zastanawiam sie, po co to wszystko, co spowodowało, że podjęto próby uregulowania ochrony danych o osobie. Aby to zrozumieć, należałoby najpierw rozpoznać, o co chodzi z tą prywatnością, bo to próbę ochrony tej sfery podjęto.

Prawo do prywatności

Dążenie do odosobnienia i do tego aby chronić tzw. życie wewnętrzne przed ingerencją z zewnątrz to nie jest zjawisko charakterystyczne dla dzisiejszych czasów. Już kiedyś dzielono sfery na prywatną i publiczną. Kiedyś to znaczy w czasach Arystotelesa i Platona. Wtedy "polis" (a później rzymska "res publica") oznaczało rodzaj wspólnoty, ośrodek życia politycznego. Co ciekawe,  kiedyś w Polsce "publiczny" określano mianem "pospolity" - stąd więc rzecz-pospolita:). Ośrodkiem życia zaś rodzinnego był dom. Przeciętny grek dzielił swoje życie na te dwa obszary między którymi była wyraźna, nieprzekraczalna granica. Z tego powodu Platon gardzi niewolnikiem, bo ten nie wchodzi w sferę publiczną, dlatego nie jest człowiekiem w pełni (wtedy także uważano, że również kobiety i dzieci).Zdaniem zaś Arystotelesa człowiek z natury powołany jest do życia w sferze publicznej - jest on zwierzęciem publicznym. Państwo nie miało pełnić funkcji ekonomicznej, tylko takie funkcje gdzie ludzie osiągają pełnię spełnienia i istnienia.

Sfera prywatna ma duży związek z wolnością, a raczej ze swobodą pozbawienienia się publiczności. "Privatus" w łacinie oznacza oddzielony od reszty, pozbawiony czegoś. I coś w tym jest. Drzwi służą takiemu oddzielaniu się od "reszty" - K. Jędruszczak pisze, że:

Jako przykład mechanizmu służącego regulacji prywatności charakterystycznego dla zachodniej kultury można wymienić drzwi. Pracownicy biur zazwyczaj posiadają drzwi, które są używane w celu kontroli dostępności dla innych (kiedy chcę być sam, zamykam drzwi i tym samym używam fizycznego środowiska, żeby odciąć się od innych). Wtedy dominuje „zamknięta” część fizycznego środowiska. Kiedy życzę sobie być dostępnym, pozostawiam drzwi uchylone.

potwierdza to także opisując zwyczaje Pigmejów:

przybycie do obozowiska nowej rodziny lub osoby może spowodować, że drzwi w sąsiednich chatach są przez ich właścicieli umieszczane z innej strony (tak, aby nie wychodziły na chatę „Nowego”).

Pojęcie prawa do prywatności ("right to privacy") wiązać można z amerykańskimi prawnikami Samuelem Warrenem i Louisem Brandeisem. Oni to w publikacji "The Right to Privacy" w 1890 r. zauważyli, że rozwój techniki (fotografii, dziennikarstwa) ułatwia ingerencję w życie prywatne ludzi. Uznali oni, że bezprawne wkroczenie w sferę prywatną skutkuje cierpieniem psychicznym ("mental suffering").

"If the invasion of privacy constitutes a legal injuria, the elements for demanding redress exist, since already the value of mental suffering, caused by an act wrongful in itself, is recognized as a basis for compensation"

Później wielu amerykańskich prawników zajmowało się tym zagadnieniem, rozpoznając, czym jest (lubi nie) prywatność. Podobne próby, co zresztą nie dziwi, podjęli autorzy francuscy i niemieccy. No dobra, ale czym jest to prawo do prywatności dzisiaj? Chyba należałoby uznać, że jest to prawo do autonomii osoby, decydowania o sobie i o własnym życiu poprzez podejmowanie wyboru bycia zwierzęciem publicznym lub pozbawianie się tej publiczności. Jednym słowem decydowanie o tym w czym chce, a w czym nie chce się brać udziału. Węższe ujęcie tego zagadnienia odnosi się do tzw. autonomii informacyjnej, a więc kontrolowania informacji na swój temat, tego jak ona krąży. I tutaj dochodzimy powoli do danych osobowych, bo dane osobowe to informacje na temat jednostki. Z tego wniosek, że prywatność w kontekście autonomii informacyjnej oznacza wybiórcze ujawnianie informacji na swój temat - komu chcemy temu pokazujemy, a komu nie chcemy, zatrzymujemy w tajemnicy.

Prywatność - potrzeba, postawa czy wartość?

Nawet dzieci w pewnym momencie swojego życia zaczynają sobie zdawać sprawę ze swojej odrębności informacyjnej. Małe - chowają cukierki, później jest to szkatułka ze "skarbami" bądź pamiętnik a w wieku dorosłym informacja o stanie konta, zarobkach czy stanie zdrowia. To cierpienie psychiczne, które mieli na myśli Warren i Brandeis to całkiem dobrze pomyślana rzecz. Jeśli nasze "tajemnice" zostaną ujawnione - cierpimy mentalnie. Jesteśmy wściekli. Albo rozżaleni.  Zatem zachowanie prywatności (oczywiście informacyjnej) stanowi o naszym dobrym samopoczuciu. W psychologii twierdzi się, że prywatność jest potrzebą. Wg Altmana (1977) prywatność należy traktować jako uniwersalną i ponadkulturową. Jego zdaniem wszystkie kultury wykształciły mechanizmy, za pomocą których ich członkowie mogą "regulować" prywatność, z tym, że zasady regulowania mogą różnić się pomiędzy kulturami. I to także zauważamy, że są społeczeństwa bardziej otwarte informacyjnie i mniej. O ile pojmowanie prywatności uwarunkowane jest kulturowo (co kultura - to prywatność), to sama prywatność i jej potrzeba jest ponadkulturowa.

Dane o sobie jako tajemnica

Kontrolowanie obiegu informacji na swój temat ma związek z tajemnicą. Jeśli coś postanawiamy zachować dla siebie, to tego nie ujawniamy, a więc staje się to tajemnicą. Pozbawianie osoby prawa do prywatności oznacza więc jakby pozbawianie go prawa do tajemnicy. Tutaj przypomina mi się twierdzenie Marka Zuckerbega, założyciela Facebooka, który powiedział:

"Prywatność przestała już być normą społeczną"

Powiedział on też, że gdyby mógł cofnąć się w czasie i założyć serwis od nowa, wszystkie dane użytkowników byłyby w nim domyślnie upublicznione. Ja myślę, że wtedy serwis ten nie odniósłby takiego sukcesu. Zresztą już teraz jest inicjatywa senacka, aby sprawdzić, czy serwisy takie jak ten nie łamią podstawowych wartości obywatelskich, jakim jest m.in. prawo do zachowania prywatności. Tak czy siak, chcemy mieć prawo do swoich tajemnic. Czy to będzie pamiętnik, szkatułka ze skarbami, informacja o zarobkach, czy zdjęcia z imprezy - nasze tajemnice są nasze. Trudno sobie wyobrazić, aby nie można było zachować prywatności. Świat, w ktorym wszystko jest jawne, byłby światem nijakim...

Dobra osobiste

Niekiedy mówi się, że prawo do prywatności jest dobrem osobistym. Czym są znowu te "dobra osobiste"? Za ich źródło uznaje się szeroko rozumianą godność ludzką ("dignitas hominis"). Już teraz wiemy, że słowo dygnitarz pochodzi z łaciny - "godny" gość. Ale wracając do dóbr osobistych. Są to dobra niemajątkowe. Nie da się ich wyczerpująco zdefiniować, bo dobra osobiste odnoszą się do wartości moralnych. Są nimi m.in. wolność, cześć, dobre imię (w tym nazwisko, pseudonim), wizerunek, tajemnica korespondencji, zdrowie. Niekiedy też jest nim prawo do spokoju (wolność od strachu, zastraszenia) i do pozostawienia w spokoju (nie nękania) i to, o czym tutaj mowa, prawo do prywatności.

Z pojęciem dóbr osobistych wiąże się krzywda. Krzywdą w rozumieniu prawa cywilnego jest szkoda niemajątkowa (a więc odnosząca się do dóbr osobistych), a więc takie zdarzenie, które jest negatywne dla osoby, ale nie dotyczy jego majątku. Krzywdą będą cierpienia fizyczne i psychiczne wywołane jakimś działaniem.

Stąd znowu krok do danych osobowych. Ujawnienie informacji, które chcieliśmy zachować w tajemnicy może uczynić krzywdę. Może powodować strach o życie (ujawnienie adresu i stanu majątku), zmniejszenie radości z życia (niepokój, co mogą zrobić z tymi informacjami) czy utratę dobrego imienia (ujawnienie czy upublicznienie informacji o tym, że się miało wyrok albo o określonych preferencjach seksualnych).

Czy dane osobowe są dobrami osobistymi? Chyba niekoniecznie. Przyjęcie, że tak jest stanowiłoby powszechny zakaz ich przetwarzania bez zgody osoby, której dotyczą. Poza tym nie każda dana osobowa, nie każda informacja identyfikująca osobę zasługuje na szczególną ochronę. Mało tego, nie wszystkie informacje ze sfery prywatności to dane osobowe.

No i te akty prawne

W Europie dwa akty prawne stanowią źródło (rozumiane jako początek) ochrony danych osobowych. Jednym z nich jest Konwencja nr 108 Rady Europy, a drugim Dyrektywa 95/46/WE. Oba akty miały danym osobowym zapewniać ochronę prewencyjną, zapobiegawczą. Nie oznacza, to że dane osobowe nie były chronione, ale ich ochrona była "po fakcie" (prawo cywilne i karne). Jednak cele im przyświecające były różne. Konwencja miała rozszerzać zakres ochrony prawi i podstawowych wolności człowieka, a szczególnie prawo do prywatności. Dyrektywa zaś jest "narzędziem", które ma umożliwiać swobodny przepływ danych osobowych w Unii, poprzez zastosowanie jednolitego poziomu ochrony danych. Widac więc, że Unii Europejskiej niespecjalnie zależało na prywatności (którą osiągnięto niejako przy okazji), ile o łatwiejszym przepływie  danych na wspólnym rynku.

Polska ustawa o ochronie danych osobowych pojawiła sie więc nie jako odpowiedź na pewien problem w społeczeństwie, ale jako "narzędzie", które musieliśmy wdrożyć, chcąc wejść do Unii. Co wcale nie jest takie złe, bo w końcu nasze dane są chronione. Ale ja bardziej jestem zwolennikiem prawa, które odpowiada na potrzeby obywateli, niż prawa przyniesionego "w teczce".

Czy ustawa o ochronie danych osobowych chroni nasze prawo do prywatności rozumiane jako autonomię informacyjną? Oczywiście, w dużym stopniu tak. Możemy dowiedzieć się, kto dane osobowe przetwarza, jakie dane przetwarza i w jakim celu. Możemy "sterować" tym procesem, a więc "regulować" naszą autonomię informacyjną. No i dane osobowe stały się w pewnym sensie kolejną tajemnicą, bo nie można ich ot tak sobie ujawniać.

 

Odnośniki:
Publikacja Warrena i Brandeis'a - http://groups.csail.mit.edu/mac/classes/6.805/articles/privacy/Privacy_b...
Prywatność w różnych kulturach (K. Jędruszczak) - http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=90